Wenezuela oczami gringo: droga przez Andy – Sierra Nevada de Mérida

Przeczytaj pierwszą część cyklu – Wenezuela oczami gringo: adaptacja

Droga przez Andy

Wstajemy około trzeciej nad ranem. Za oknem jeszcze ciemno. Spaliśmy może cztery godziny. Cały poprzedni dzień kompletowaliśmy ekwipunek na trzydniową wyprawę w góry. Nie było to proste.

W Wenezueli pierwszy zasadniczy problem to zdobycie gotówki. Co z tego, że jestem bogatym gringo z dolarami, trzeba jeszcze te dolary wymienić. Przypominam, że w Wenezueli jest to nielegalne. Oczywiście, można to zrobić oficjalnie, ale za dolara dostaniemy wtedy jakieś 300 boliwarów, natomiast na „czarnym rynku” cena dolara (przynajmniej wtedy) wynosiła ok 700-800 boliwarów. Dziś, czyli rok później, podobno 3000. Dolary chciałby mieć każdy, jednak nie każdego na to stać. Najlepiej wymienić je u tych, co handlują z zagranicą. Dolar to dla nich pewna waluta.

Podczas poszukiwań takiego „kantoru” z M. w końcu trafiliśmy do sklepu z ubraniami. Wyglądało to jak jakiś „butik” w hali kupieckiej. Dogadaliśmy cenę, stanęło na 700 boliwarach za dolara. Wręczyłem banknot. Seniorita sprawdziła jeszcze czy nie jest fałszywy – podobno na czarnym rynku skupuje się boliwary z serii AAA, bo łatwo na nich nadrukować dolary – po czym zniknęła na zapleczu. Chwilę jej nie było, ale wróciła z siatką banknotów. Udało się wymienić tylko 50 dolarów. Problemem był brak gotówki w kasie – dostaliśmy cały utarg z kilku dni. Najwyższy dostępny nominał to setka. Wyobrażacie sobie ilość tych pieniędzy? 35 tysięcy boliwarów zajmuje trochę miejsca.

Drugi zasadniczy problem po zdobyciu gotówki dotyczył zdobycia zaopatrzenia. Nie jest tak, że wchodzimy do supermarketu i wychodzimy z tym wszystkim, czego potrzebujemy. Zdobycie jedzenia zajęło nam kolejne kilka godzin.

Wyjazd z Meridy

Wychodzimy z domu. Czeka na nas zaparkowana Toyota Land Cruiser. Kierowcą będzie senior Omar. Wygląda na poczciwego człowieka. Nawet się na mnie nie złości, jak trzasnę drzwiami, mówi że przywykł do wożenia turystów. Wenezuelscy kierowcy mają jeszcze większego fioła na punkcie trzaskania drzwiami, niż warszawscy taksówkarze. Chyba chodzi po prostu o trudną dostępność części zamiennych.

Opuszczamy Meridę. Odkrywam w tym momencie, że tutaj dla kierowców czerwone światło w nocy jest tylko orientacyjne. Wąska górska droga. Zaczynamy powoli piąć się wzwyż. Cały czas po prawej stronie widzę wielką przepaść, jednak nie wątpię w umiejętności senior Omara i wierzę, że dowiezie nas do Los Nevados, małego miasteczka położonego na zboczach Andów. Gdzieś na wysokości dwóch tysięcy metrów.

Masyw Boliwara

Pierwszy postój. Mała miejscowość, ale jest kawiarnia. Przed kawiarnią kukła ubrana w kalosze, z butelką po piwie i papierosem w ręku.
– Co to jest? – pytam z ciekawością
– Kukła symbolizuje zły stary rok – dostaję odpowiedź. Na marginesie, trzeba zaznaczyć, że był 30 grudnia – Zostanie spalona w sylwestra, symbolizuje to odejście starego roku.

Wchodzimy do kawiarni. Zamawiam kawę, proszę bez cukru. Seniorita patrzy na mnie dziwnym wzrokiem. Zwraca się do M. czy na pewno dobrze zrozumiała, że chcę kawę bez cukru. Widząc jej spojrzenie pomyślałem, że popełniam jakieś faux pas. Nie protestowałem i wziąłem kawę z cukrem. Kawa wenezuelska jest tak pyszna, że dla mnie słodzenie jej zakrawało o bezczeszczenie. Dowiedziałem się później od V., że to dla nich po prostu dziwne, ale żebym więcej nie krępował się zamawiać niesłodką kawę.

Kukła starego roku

Po około 5 lub 6 godzinach dojeżdżamy do Los Nevados. Małe urokliwe miasteczko. Podobno jeszcze kilka lat temu nie było tu prądu i kanalizacji. Dzisiaj na rynku jest już wi-fi. Zresztą wi-fi w Wenezueli jest w każdym mieście, gdzie odnaleźć można plac Bolivara (więcej o tym napiszę kiedy indziej). Miejsce to jest jednym z piękniejszych, jakie w życiu widziałem. Senior Omar mówi, że ma powyżej Los Nevados swojego znajomego i może nas jeszcze kawałek podwieźć. Nam to jest na rękę, zawsze to jakieś 300-400 metrów wyżej, i nie trzeba wwozić naszych 10-15 kilogramowych plecaków.

Chłopaki całą drogę żuli „chimo”. Jest to coś w rodzaju czarnej „żelki”, którą się ssie pod językiem i pluje czarną śliną. Zapytałem ich co to jest. Usłyszałem: „nasz tradycja i dziedzictwo”. Wziąłem małą kulkę i myślałem, że padnę. W smaku było to obrzydliwe, gdy spłynęło do gardła myślałem, że zaraz mi je wyżre, tak to drapało.
– Z czego jest chimo? – pytam więc
– Mieszanka pasty tytoniowej, krwi byka i ziół – ta odpowiedź mi wystarczyła, by wiedzieć, aby więcej już tego nie próbować. Ale jak tu nie spróbować miejscowego przysmaku? Życie jednak wszystko zweryfikowało i pokazało, że jednak są sytuację, w których się nie odmawia. Zwłaszcza gospodarzowi, co miało okazać się już następnego dnia.

Andyjski trekking

Ruszamy, wysokość 2,5 tysięcy metrów n.p.m jeszcze jakoś nie daje mi we znaki. Wolno, bo wolno, ale idę. Po drodze zajadamy się jakimiś dziwnymi owocami, nawet nie potrafię tego przetłumaczyć. Kamieniem milowym, było przekroczenie trzech tysięcy metrów. Czy poczuliście kiedyś, jak Was opuszczają siły? Każdy oddech nie daje powietrza, a serce wali tak mocno, że słychać Was na kilku kilometrów? Nie? To wiedzcie, że tak właśnie organizm zaczyna się aklimatyzować. Jak mi wtedy powiedział C. „aklimatyzacja jest jak poród, musisz przez to przejść”. Niby to 3 tysiące metrów, ale dla mnie było ciężko. Szedłem w tempie muchy zatopionej w miodzie. Po drodze F. zrobiła mi masaż dłoni. Nie wierzyłem w takie rzeczy, ale w ciągu kilku chwil odpuścił ból głowy i nabrałem sił. Pozwoliło mi to dotrzeć do miejsca noclegowego na wysokości 3,5 tysięcy metrów n.p.m. Tam umierałem. Jednak M. i C. nie pozwoli na to. Zagotowali wodę, zrobili jedzenie, po chwili odżyłem. Jednak wraz z zachodem słońca przyszło zimno. Oni mówią na to „frio”. To ten rodzaj zimna, który ma własną nazwę. Tak, było naprawdę zimno.

Rankiem czułem, że już przywykłem do tej wysokości, byłem w stanie normalnie funkcjonować. Jednak po śniadaniu trzeba było ruszyć dalej pod górę. I te same męczarnie aklimatyzacyjne. Kilka godzin marszu i kolejny nocleg. Ostatecznie zdobyliśmy wysokość ok 4,5 tysiąca metrów.

Zejście po kolejnej nocy do przełęczy Krzyża to było wybawienie. Z każdym metrem czułem jak wracają siły. Na 4100 metrach czułem się już jak nowonarodzony. Nie wiem czy to dlatego, że to moja pierwsza przygoda z wysokimi górami, ale aklimatyzacja była dla mnie trudna.

Przełęcz Krzyża, to było miejsce pozwalające na przejście z jednej strony grzbietów górskich na drugą. Z dzikich terenów parku narodowego Sierra Nevada powracaliśmy do cywilizacji. Następnym punktem na mapie była chata Pedra, wnuka zdobywcy Bolivara czyli najwyższego szczytu w Wenezueli. Dla wielu turystów jest to ostatnie przyjazne miejsce, później już pozostaje się zdanym na własne siły. Dla nas było to pierwsze miejsce od 3 dni, gdzie mogliśmy odpocząć.

Pedro w swoim domu

Pedro jest niezwykle barwną postacią. Po pierwsze, nie mówi się do niego „senior Pedro”, czyli „proszę pana”. Gdy użyje się tego zwrotu odpowiada „po prostu Pedro, Pan to mieszka w niebie”. Pedro słynie też z zamiłowania do kobiet. Co prawda jest to już leciwy człowiek, oceniłbym go na 60 lat, ale nie przeszkadza mu to, by turystkom proponować spędzenie z nim intymnej miłej chwili. Co ciekawe, co któraś się zgadza. Nie wiem co Pedro ma w sobie, ale chyba siła legendy wnuka Bolivara robi swoje.

Przyjmuje nas z otwartymi rękami. W końcu idę z dwoma ratownikami górskimi. F. nas opuściła z niewiadomych względów i poszła inną drogą do Meridy. Gdy pewnego ranka się obudziłem już jej nie było, C. tylko wzruszył ramionami i powiedział „jej wybór”. U Pedro płonie ogień w kominku, jest przyjemnie. Częstuje nas kawą, przeprasza, że nie słodka, ale mu się cukier skończył. Dla mnie to nie problem, wręcz przeciwnie, cieszę się. Po chwili, Pedro wyciąga z kieszeni chimo. I częstuje mnie. Czy nie pisałem wcześniej, że legendom się nie odmawia? Nie mogłem odmówić… Smakowało tak samo obrzydliwie, jak wcześniej. Po krótkim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Jeszcze przeprawa przez „regiel dolny” czyli las deszczowy i jesteśmy już prawie w domu. Idziemy długimi korytarzami błotnych tuneli, w oparach pary wodnej. Po kilku kolejnych godzinach schodzimy na wysokość 1500 metrów n.p.m. Stamtąd odbiera nas Senior Omar i wiezie do Meridy.

Ten krótki czas spędzony w górach uświadamia małość. Odcięci od cywilizacji, bez telefonu, z jedzeniem w plecaku, bez spotkania żywej duszy, w walce z siłą gór. To pokazuje człowiekowi, że żyje, że żyje naprawdę.

Los Nevados widziane z góry

Paweł Huras
Szuka nieistotnych dla innych elementów. Ułożył nawet własne
motto "by dostrzec szpargały", czyli małe rzeczy w codziennym życiu.
Gdyby miał dużo czasu, usiadłbym w ruchliwym miejscu i robił zdjęcia
ludziom.