Wenezuela oczami gringo: adaptacja

wp_20160108_09_06_58_proPo 18 godzinach lotu wychodzę z lotniska. Jest parno, wręcz czuję, że oddycham wodą. Najpierw przeprawa z celnikiem. Ja nie mówię po hiszpańsku, on nie mówi po angielsku. Wydaje mi się, że rozmowa przebiegała mniej więcej tak:

– Nie wpisał pan adresu gdzie będzie mieszkał – mówi pan w okienku
– Będę podróżował, nie ma stałego adresu – odpowiadam zgodnie z prawdą
– Dirección, dirección! – słyszę po hiszpańsku
– Będę podróżował, jadę do Meridy do przyjaciela – odpowiadam łamaną angielszczyzną wierząc, że mnie rozumie
– Adres musi być – i pokazuje mi na kartce, że muszę coś wpisać. Patrzę na niego smutnym wzrokiem nie wiedząc co zrobić. On w tym czasie spogląda na paszport, ogląda uważnie okładkę i nagle słyszę okrzyk „aaa, Polaco”, widzę uśmiech na twarzy, a na moim paszporcie pojawia się od razu pieczątka. Dobra, mogę iść dalej, mówię tylko „gracias”, bo tylko to i „no entiendo, soy polaco” potrafię powiedzieć po hiszpańsku. Czy lubią Polaków? Nie wiem. Wiem, że znają Pudzianowskiego i Jana Pawła II, i że najlepszy rodzaj kiełbasy to „chorizo polaco” (czy jakoś tak), a hot-dog to „polaco”.

Następna przeprawa jest z ochroną lotniska. Słyszę „zapraszamy na bok”. Ja znowu przerażenie w oczach, myślę „może to przez przemyt czekolady”, gdzieś przeczytałem, że do Wenezueli, żywności nie można wozić. Jest to po części prawda, ale bardziej chodzi o wywożenie i na skalę hurtową, bo w Wenezueli żywność jest tania, w Kolumbii bardzo droga. Jednak ochronie chodzi o dolary, których oczywiście nie zgłosiłem, że wożę je, więc znowu pada na mnie blady strach.
– Chcesz wymienić dolary? – kamień spada mi z serca, a pan mówi całkiem nieźle po angielsku.
– Nie, nie mam dolarów, jadę do przyjaciela on będzie płacił za wszystko, ja tylko bilety kupiłem – dukam swoją niepoprawną angielszczyzną.
– Jakbyś jednak miał i chciał wymienić, to możesz u mojego komendanta, da ci niezłą cenę.
– Dziękuję, będę pamiętał.

Oczywiście, że mi M. zakazał wymienić dolary na lotnisku, bo na pewno mnie oszukają. Wymiana dolarów poza bankiem jest też nielegalna, ale jak widać, komendant też człowiek i chce mieć dolary.

p1031960Wsiadamy z V. do miejskiego autobusu, jedziemy do Caracas. Tam przesiadka do taksówki i na dworzec autobusowy. Widzieliście stary „Zachodni” w Warszawie? Teraz dodajcie cztery piętra i przemnóżcie też liczbę osób razy cztery. To jest kolos. Słuchać tylko „Maracay, Maracay” lub nazwy innych miejscowości. Szukamy autobusu do Meridy. Coś się udaje znaleźć. Ja już totalnie zagubiony, nie ogarniając rzeczywistości, wchodzę do autobusu, bardzo tu mało miejsca na nogi. Czuje się dowartościowany, ja ze swoimi 173 cm wzrostu jestem tu w miarę wysoki. Zrodziło się we mnie jednak współczucie wobec wszystkich wysokich ludzi. Już wiem, co czujecie.

Jazda autobusem to bardzo ciekawe doświadczenie. Najpierw zachowałem się jak wieśniak, bo patrzyłem czy obsługa autobusu nie ukradnie mi plecaka. W końcu to zobaczyli i dali mi jakiś numerek, oznaczyli mój plecak. Mimo wszystko dalej patrzyłem z nieufnością.

Każdy kierowca autobusu ma swojego pomagiera, chłopak ma może z 12-13 lat. Zajmuje się on wszystkim, sprzedażą biletów, sprawdzaniem opon, upychaniem bagażów. Urzekło mnie liczenie pieniędzy w tempie ekspresowym. Należy tu zaznaczyć, że w Wenezueli panuje wysoka inflacja, więc wszystko wymaga płatności dużą liczbą banknotów. Najwyższy banknot to 100 boliwarów, a bilet przykładowo kosztuje 3000 boliwarów. 30 bankontów liczył tyle, ile ja śliniłem palec, aby w ogóle zacząć liczyć.

pc290695Ruszyliśmy. Autobus wypełniają dźwięki muzyki, jest ciekawie. Do czasu. Muzyka gra tu całą osiemnastogodzinną(!) podróż. Wspomnę tylko, że jest środek nocy i nie jest to spokojna muzyka, ale przeważnie reggaeton. Dla mnie to niecodzienne, dla nich normalne. Jak tylko muzyka gra ciszej, ktoś z końca autobusu krzyczy „głośniej”. Da się przyzwyczaić. I da się też przyzwyczaić do ich stylu jazdy. Trzeba powiedzieć, że w każdej mijanej miejscowości jest masa progów zwalniających, więc kierowca jedzie tak: pełna prędkość, co fabryka dała pod maską, później ostre hamowanie, pełna prędkość, ostre hamowanie. I tak całą trasę.

Jeszcze po drodze czekają mnie dwie kontrole — jedna policji, druga wojska. Najpierw wojsko. Słyszę od V. żebym ich słuchał, ale zachowywał się normalnie. Wszyscy pasażerowie oddają dokumenty i pan z Gwardii Narodowej gdzieś znika. Słyszę, że mogą wziąć każdego na rewizję. Mam jedną myśl, że to będzie masakra jak będę musiał rozpakować plecak i tłumaczyć po co mi dwa czekany i raki. Rozpakować to jeszcze się uda, ale to spakować w środku nocy? Na szczęście dopiero jadę. Kiedyś na lotnisku w Reykjaviku kazali mi rozpakować plecak pod koniec mojej podróży. Po całych dwóch tygodniach wyciągali na moich oczach mokre skarpetki i resztę brudów. Do dziś nie zapomnę miny celnika, który to robił. Tutaj jednak skończyło się tylko na dokumentach, a policja sprawdziła luk bagażowy. Jak się dowiedziałem, sprawdzali głównie czy nie przemycamy broni lub narkotyków.

Po 18 godzinach docieram do Meridy, w jednym kawałku, z bagażem, tylko trochę niewyspany. W końcu tyle złego się naczytałem, że kradną, że biją, że to trzeci świat… Nieprawda.
p1113038

Paweł Huras
Szuka nieistotnych dla innych elementów. Ułożył nawet własne
motto "by dostrzec szpargały", czyli małe rzeczy w codziennym życiu.
Gdyby miał dużo czasu, usiadłbym w ruchliwym miejscu i robił zdjęcia
ludziom.