Centrāltirgus – hale targowe w Rydze, które sprawią, że przestaniesz lubić schabowe

Otwieramy drzwi do wielkiej, starej hali targowej w centrum stolicy Łotwy i nie możemy przez kilka chwil zrobić kroku naprzód. Stoimy bez ruchu. Potrzebujemy czasu, by dojść do siebie. Nasze nosy zostają momentalnie zaatakowane zapachem surowego mięsa, ostrym i obezwładniającym. Trzeba się z nim oswoić. Przynajmniej na tyle, by dojść do drzwi po drugiej stronie budynku, gdzie czeka nas reszta hal targowych.

ryga_int
Nie wiem czy można się do tego przyzwyczaić lub polubić ten zapach. Ludzie z miasta już raczej nie znają tego przeszywającego całe ciało aromatu. Nasze mięso nagle stało się równo pokrojone, nie ma już ryjka, nie widać oczodołów. Szczelnie zapakowane, z etykietą przedstawiającą piękne wiejskie chatki, rysunkowe sylwetki uśmiechniętych krów czy świń, ewentualnie prezentują danie, które możesz stworzyć. Ale to już nie są zwierzęta. To ładny produkt. Prawie można zapomnieć, że ktoś musiał zabić, byśmy my mogli zjeść. Ten zapach z hali o tym przypomina. Brutalnie, wywołując nudności. Można zapragnąć zostać wegetarianinem.

ryga3_int
A przecież to jest to samo, tylko inaczej podane. Szybko przechodzimy przez halę. Mijamy stosy ryb, mięs, równo poukładane części ciała najróżniejszych zwierząt. Na niektórych stoiskach można kupić całego cielaka czy świnię, wiszą na hakach za sprzedawczyniami zachęcającymi klientów uśmiechem. Na przeciwko nas idzie starsza pani, z mozołem pchając sklepowy wózek wypełniony ciałem małej owcy. Zatrzymuje się jeszcze, by dokupić coś drobniejszego. Trochę szyneczki czy kiełbaski?

Przed nami wyjście. W końcu. Warzywa i owoce.
ryga2_int

Marcin Gierbisz on sabtwitterMarcin Gierbisz on sabinstagramMarcin Gierbisz on sabfacebook
Marcin Gierbisz
Od dziecka mam niezwykłą supermoc, ale jeszcze jej nie odkryłem. W wolnych chwilach pracuję ze startupami. Czasem czytam gazety w językach, których nie rozumiem.